Bieg Rzeźnika 2020 ukończony! Udało się! Duma rozpiera, medal zawieszony na odpowiednim miejscu, etc, etc. Sukces!
Tegoroczny Rzeźnik to mój pierwszy bieg, który w pełni zasłużył na swoją nazwę. To naprawdę była rzeźnia. Rzeźnik jako bieg uchodzi za błotnisty - co, jak mi się wydawało, poznałem w ubiegłym roku. Wydawało mi się. "Gdybym wiedział to co wiem..." - to chyba najczęstsza myśl towarzysząca mi podczas tegorocznego biegu Rzeźnika, oczywiście zaraz po: "..... (tu wstawcie dowolne przekleństwo) błoto". Zeszłoroczny Bieg Rzeźnika to był spacer z pieskiem w porównaniu z tegorocznym. Trasa teoretycznie nie różniła się tak bardzo od klasycznej - na ile się dało, poprowadzona tak samo, dystans i przewyższenia podobne.
Teoria teorią, praktyka praktyką. Takiej ilości błota nie spotkałem na swej życiowej drodze jeszcze nigdy, jak żyję 43 lata z okładem. Na całej trasie było może kilka kilometrów, gdzie tego błota nie było, a tak poza tym poznaliśmy wszelkie jego odmiany, konsystencje, głębokości... Błoto, wszędzie błoto. Od kilku do kilkudziesięciu centymetrów, płynne i gęste, śliskie i wciągające, wlewające się do butów i oklejające wszystko, usilnie próbujące ściągnąć buty... Prawdziwy wampir energetyczny na miarę naszych czasów - bieszczadzkie błoto, wysysające siły i chęci do biegu. Nie do ogarnięcia ani mentalnie ani fizycznie. Pokochaj błoto albo zgiń! Zobaczcie
Obaj z Robertem patrzyliśmy na ten bieg realnie. Przygotowani praktycznie nie byliśmy, bo epidemia pokrzyżowała plany treningowe. Zresztą człowiek się jakoś nastawił, że pewnie biegów przed jesienią nie będzie, więc wielkiej spiny nie było, żeby szaleć z przygotowaniami. Okazało się jednak, że Rzeźnik, jako jeden z niewielu biegów, odbędzie się z grubsza zgodnie z planem. Oczywiste było, że biegniemy, więc po chwili lekkiej paniki uznaliśmy zgodnie, że chodzi nam tylko o to, żeby Rzeźnika ukończyć, więc na spokojnie. Zresztą przecież nie wybieramy się w Bieszczady biegać ultra maratonu zaraz po wstaniu z kanapy. Każdy z nas swoje doświadczenie biegowe ma, swoje wiemy, potrafimy ocenić na co nas stać, znamy się, a i okazji do wspólnego biegania też się kilka znalazło, więc powinno być ok. Tzn. obiektywnie ocenialiśmy swoje możliwości na zmieszczenie się w oryginalnym limicie, czyli 16 godzinach, może ciut szybciej, jeśli się uda.
Droga do Bukowca zajęła mi ponad 5 godzin. Jechałem sam (w towarzystwie audiobooka), Robert z rodziną niezależnie. Noclegi u Leśnika mogę polecić każdemu, a zwłaszcza temu, kto będąc w Bieszczadach chciałby się czegoś dowiedzieć o miejscowej przyrodzie (niedźwiedzie rules!).
Bieszczady są piękne, bez dwóch zdań. Mają w sobie to coś, co sprawia, że hasło: "Rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady" już po chwili przestaje być tylko hasłem. Za Bieszczadami się tęskni i chce się tam wracać. Mimo, że mieszkam w Beskidach i bardzo je lubię (zdarza mi trenować na Szyndzielni, Błatniej czy Magurce), to jednak połoniny od razu znalazły miejsce w moim sercu.
O Bieszczadach ludzie książki piszą, filmy kręcą, więc opisów znajdziecie setki. Nas Bieszczady przywitały w środę deszczem i mgłą. Biorąc pod uwagę, że po rzeźnickich trasach ludziska biegali już od weekendu, przemknęła mi myśl, że rzeczywiście trasa może być "rozdeptana".
W czwartek pakiety odebrane, szybki rzut oka na strefę startu/mety (dziwne wrażenie pustki). Na starcie pojawiliśmy się w piątek o 3.30 rano, po (jakżeby inaczej) deszczowej nocy. Kurtki na grzbiety, czołówki odpalone i ruszamy. Błoto zaczęło się już po 50 metrach za linią startu. Na początku próbowaliśmy coś omijać, wybierać lepsze warianty. Szybko uznaliśmy, że nie ma to sensu.
Jak już wspominałem, planowaliśmy 16 godzin i mimo warunków byliśmy dobrej myśli. Jeszcze na na około 20 km wszystko nam pasowało. Warunki ciężkie, ale dawaliśmy radę. W połowie biegu mieliśmy świadomość, że może być ciężko utrzymać założenia (w sumie nie bardzo wiedzieliśmy dlaczego - może po prostu już zaczynaliśmy słabnąć, choć jeszcze tego nie czuliśmy), więc po szybkich obliczeniach wyszło nam, że może zejść jakieś 18, no maksymalnie 19 godzin. Ostatnie kilka godzin na trasie to mozolne krzesanie z siebie resztek sił w ciemności, wśród grzmotów i błyskawic. Przyświecaliśmy sobie jedną czołówką - bo ja jak kretyn uznałem po 1-szej pętli, że zdążymy przed zmrokiem, a szkoda dźwigać bez sensu, więc swoją latarkę zostawiłem. Gdyby nie Robert i jego zapobiegliwość, nie mam pojęcia jakbyśmy dotarli do mety. Chylę też czoła przed jego opanowaniem, że mnie nie ochrzanił z góry na dół za utrudnienie nam ostatnich, i tak wystarczająco ciężkich, kilometrów.
Finalnie skończyliśmy po 20 godzinach 45 minutach, nieludzko zmęczeni, ale szczęśliwi niesamowicie, że się udało.
Długo? Pewnie, że tak. Czy dało się szybciej. Dało się, ale...
Gdybyśmy byli lepiej przygotowani, to na pewno podejścia nie męczyły by nas tak bardzo, a i biegania byłoby więcej - od pewnego momentu przestaliśmy zrywać się do biegu, gdy tylko się dało, bo baliśmy się, że braknie nam sił na dalszym etapie. Ujmując całościowo - daliśmy z siebie wszystko (niby teoretycznie moglibyśmy coś z czasu urwać, ale ryzykując kontuzję lub nieukończenie biegu).
Drugą sprawą były warunki na trasie. Błoto nas złapało od razu na starcie i nie wypuściło aż do mety - ile kosztowało sił, wie tylko ten, kto biegł. Ileś razy słyszeliśmy od innych biegaczy: "Wy bez kijków? Łoo panowie, to szacun!". Czy kije by nam pomogły? Nie umiem powiedzieć - na pewno w niektórych momentach by się bardzo przydały, ale wiem, że noszenie ich by mnie wkurzało. Generalnie jestem zdania, że kije niwelują trochę braki kondycyjne, ale chyba wolę się przygotować porządniej, niż brać je na bieg.
Na pogodę nie mieliśmy żadnego wpływu, a ja jestem pewny, że tegoroczny Bieg Rzeźnika przejdzie do historii nie tylko ze względu na formułę, ale i wyjątkową ilość błota, nawet jak na bieszczadzkie i rzeźnickie standardy.
Na upartego można by jeszcze kilka błędów logistyczno-taktycznych wymienić, ale nie o to chodzi.
Ważne, że udało nam się nie poddać mimo kryzysów, nie pokłócić ani nic w tym stylu. Do końca zachowaliśmy względny spokój, choć zdarzały się sytuacje potrafiące wyprowadzić z równowagi. Zdecydowanie nie pozdrawiam sporej części biegaczy z Rzeźniczka. Wątpię, żeby któryś z nich to przeczytał, ale kultury trochę, ku..a! Gdy my wchodziliśmy pod górę, a raczej walczyliśmy o życie na podejściu zieloną trasą, ta sama trasa była dla Rzeźniczka końcówką, tylko w dół. Niektórzy, czując już dumę z perspektywy ukończenia 26 km zapominali, że nie leci się na wariata środkiem trasy, spychając wszystkich z drogi, a i "cześć" wypada odpowiedzieć, choćby i czuło się królem świata. Mijający nas "Rzeźnicy" umieli się zachować - może to kwestia po prostu biegowego doświadczenia?
Tak czy owak ukończyliśmy Bieg Rzeźnika, chciałoby się rzec przetrwaliśmy. Przebyć całą trasę, móc stanąć na mecie z medalem na klacie i powiedzieć sobie: "ZROBILIŚMY TO. DOKONALIŚMY TEGO!" to coś, co było warte trudu i wysiłku.
Czy chcę ponownie stanąć na starcie Rzeźnika? Gdyby mnie ktoś zapytał na trasie albo tuż po biegu, usłyszałby co najwyżej niecenzuralne słowo. Jednak już następnego dnia pomyślałem: "A może..." Z każdym kolejnym dniem chęć coraz bardziej rośnie. Tylko tym razem będę przygotowany jak należy. Za rok.





Dziękuję za wspólny bieg! Dziękuję za wyciągnięcie mnie tam! Dziękuję za wsparcie na trasie! Jesteś wielki :)
OdpowiedzUsuńBrawo!
OdpowiedzUsuńLeszku jak zawsze WIELKI SZACUN
OdpowiedzUsuń