Jakiś czas temu podczas rodzinnej imprezy usłyszałem, że "to bieganie chyba fajne musi być i ten twój blog to też spoko sprawa, ale to nie dla mnie, no chyba, że napiszesz coś takiego, co mnie zmotywuje, to może spróbuję".
Ciężko kogoś przekonać do biegania - zresztą ja osobiście nie widzę sensu namawiać kogokolwiek. Nic na siłę. Większość znanych mi osób biegało ostatnio w podstawówce, albo ewentualnie czasem "z musu" do autobusu, więc nie potrafią sami siebie wyobrazić biegających "dla przyjemności".
Bieganie często ogłasza się jako remedium na nadmiar kilogramów (niesłusznie, ale o tym za chwilę), więc jest jednym ze sztandarowych postanowień noworocznych.
Bieganie często ogłasza się jako remedium na nadmiar kilogramów (niesłusznie, ale o tym za chwilę), więc jest jednym ze sztandarowych postanowień noworocznych.
Przy lampce szampana obiecujemy sobie, że zmienimy pół życia albo i całe. Pracę znajdziemy lepszą, nauczymy się tego czy tamtego, odmalujemy mieszkanie, "weźmiemy się za siebie" (cokolwiek to znaczy), zrzucimy -naście albo -dziesiąt kilogramów do wakacji albo w kwartał z kanapowca zmienimy się w prawie profesjonalnego sportowca...
Coś w tym jest, ale sorry, to tak nie działa. Nawet jeśli się zatniemy i będziemy z zaciśniętymi zębami ćwiczyć jakieś Chodakowskie albo wbrew sobie biegać czy leźć na siłownię, to ile to potrwa? Miesiąc, dwa? Będzie nas to męczyć, nie będziemy widzieć cudownych efektów i wcześniej czy później odpuścimy. No i drobiazg taki: od ćwiczeń czy biegania się nie chudnie. Chudnie się od zmiany przyzwyczajeń żywieniowych. Naprawdę jesteśmy tym co jemy. Jeśli jemy za dużo i to tego niezdrowo, to od samych ćwiczeń nie staniemy się ani szczuplejsi, ani zdrowsi. Może być wręcz przeciwnie: ruch naturalnie wzmaga apetyt, a jeżeli nagle zerwiemy się z kanapy i zaczniemy ćwiczyć ponad nasze możliwości, to najprawdopodobniej krzywdę sobie zrobimy. Żeby to wszystko miało sens, musi być spójne - odpowiedni ruch połączony z dietą (w znaczeniu ogólnego odżywiania, a nie odchudzania).
Do biegania czy jakiegokolwiek ruchu nie zmusi nas nikt, nawet my sami. Może nas przekonać tylko jedna jedyna rzecz: CEL.
Powody, żeby zacząć się ruszać oczywiście mogą być różne. Waga, zdrowie, kondycja, wygląd, towarzystwo, lans...
Tak czy owak podstawowe pytanie brzmi: PO CO?
Patrzysz w lustro i jesteś zadowolony z tego co widzisz? Myślisz o sobie i nie masz żadnych zastrzeżeń (i nie mówię tu nawet o wyglądzie)? To bieganie Ci niepotrzebne (co nie znaczy, że masz nie biegać). Myślisz JA i chciałbyś coś zmienić, ale nie wiesz co? Patrzysz na siebie i do zadowolenia Ci daleko? To wygrzeb z szafy dres, znajdź trampki i rusz cztery litery.
Czy pomoże? Nie, przynajmniej nie od razu.
Na początku będą przysłowiowe: pot, krew i łzy. Będziesz się męczył straszliwie, pocił jak dzika świnia i ojojował nad każdym odciskiem, bolącym stawem i mięśniem.
A potem? Nadal będziesz się męczył, pocił i ojojował, ale zaczniesz mieć z tego frajdę. A to już zupełnie inna bajka.
Jakikolwiek był pierwotny powód, żeby zacząć biegać, to jeśli nie robicie tego "na siłę", to prędzej czy później wyznaczony CEL (pomijając ten czysto sportowy) przestanie być celem samym w sobie. To, że najprawdopodobniej będziecie mieć lepszą kondycję, wagę albo wygląd, poznacie fajnych ludzi, to oczywiście świetna sprawa, ale tak naprawdę wygląda to tak, że w moim przypadku bieganie stało się remedium prawie na wszystko:
- wkurzony jestem. Idę pobiegać. I pomaga.
- smutny jestem. Idę pobiegać. I pomaga.
- stresy przeżywam. Idę pobiegać. I pomaga.
- zmęczony jestem. Idę pobiegać. I pomaga.
Nie od dziś wiadomo, że aktywność pozwala "spuścić parę" i naprawdę nie wiem, na ile to zasługa tych "mitycznych" endorfin, a na ile po prostu wysiłek fizyczny czyści umysł i ciało ze śmieci...
Żeby nie było, że bieganie ma sens tylko wtedy, gdy jest kiepsko, to od razu mówię, że gdy wszystko jest ok i człowiek ogólnie jest zadowolony, to aż chce się wyjść pobiegać, co by w sobie tą radochę wzmocnić i utrwalić.
Podsumowując: bieganie mi osobiście daje spokój ducha i wewnętrzną radość, czyli coś, czego nigdy za wiele. I dlatego wiem, że warto. A że do tego fizycznie czuję się o wiele lepiej, to tylko plus dodatni.
Grafiki dzięki uprzejmości kryzyswieku.blogspot.com i biegoholizm.pl



Komentarze
Prześlij komentarz