Historyja biegowa cz. 4 - Bieg Rzeźnika 2019

"O co chodzi z tym Rzeźnikiem? To jakiś bieg jest, no nie? Bo coś mi się kiedyś obiło o uszy, ty ostatnio pisałeś, ale nie wiem o co chodzi." Mniej więcej takimi pytaniami niedawno zarzucił mnie znajomy.
Historię Rzeźnika, opowiadaną przez Mirka Bienieckiego, można znaleźć w wielu miejscach. Najbardziej skrótowo: zaczęło się od zakładu przy piwie: "Co, ja nie przebiegnę?", by po czasie stać się jedną z większych imprez biegowych w Polsce, kilkudniowym "Festiwalem Biegu Rzeźnika", czyli serią górskich biegów, w których co roku bierze udział kilka tysięcy biegaczy.
Kilka lat temu, gdy zaczynałem swoją przygodę ze zorganizowanym bieganiem, kumpel, którego namówiłem na swój pierwszy Runmageddon (i kilka kolejnych), rzucił hasło: "A może byśmy tak Rzeźnika pobiegli? Od lat mi się marzy, a nigdy nie było z kim...". To był czas, kiedy moja głowa nie akceptowała istnienia dystansów dłuższych niż kilkanaście kilometrów. Myśl, że miałbym wziąć udział w biegu górskim liczącym ponad 80 kilometrów czyli przebiec "pół Bieszczad" w parze (biegnie się we dwójkę, razem cały dystans, od startu do mety) była tak abstrakcyjna, że nie mieściła mi się w głowie.
 
 
Górskie bieganie od zawsze podobało mi się bardziej niż asfaltowe, bo to drugie wydawało mi się (i nadal wydaje) nudne i mało interesujące. Runmageddony biegać zacząłem od górskiego w Myślenicach i tak mi już zostało - mając wybór, wolałem RMG w wersji górskiej, choć teoretycznie trudniejszy, to w praktyce o wiele ciekawszy niż po płaskim. Co innego jednak kilka-kilkanaście kilometrów z przeszkodami, przetruchatane marszobiegiem dla fanu głównie, a co innego kilkudziesięcio kilometrowe ultra, z limitem do 16 godzin na trasie. Takie coś jest dla zawodowców i mutantów jakichś przecież - nie wyobrażałem sobie, bym mógł dać radę takiemu wyzwaniu.
Trochę czasu minęło, przebiegłem ileś RMG, potem Runmageddon Ultra i Chudego Wawrzyńca. Po tym ostatnim, przekraczając linię mety i mając ponad 50 km w nogach, wiedziałem, że znalazłem swoją formę biegania. To jest to. Bieganie po górach, długie bieganie.
"To co, nadal chętny na Rzeźnika?" - zapytałem Rafała kilka dni później. Był chętny. To było lato 2018. Decyzja zapadła, wystarczyło się zapisać i mieć farta w losowaniu. Tak, w losowaniu. Bieg Rzeźnika nie jest ani najtrudniejszym, ani najdłuższym biegiem ultra w Polsce. Jest jednak jednym z bardziej znanych i ma swoją renomę - chyba każdy ultras chce (nawet jeśli mówi inaczej ;-)) go przebiec, bo zwyczajnie wypada mieć go w biegowym CV. O popularności Biegu Rzeźnika najlepiej świadczy fakt, że startuje około 1500-1600 osób, a chętnych bywa i 5 tysięcy. Po kilku nieudanych próbach zapisów "kto pierwszy ten lepszy" uznano, że losowanie będzie sensowniejsze i od kilku lat na jesień kilka tysięcy biegaczy trzyma kciuki licząc na szczęście. Nam się udało, co było sukcesem samym w sobie.
Do startu pół roku, czas wystarczający, żeby się przygotować, fizycznie i mentalnie. W necie można znaleźć wiele relacji z Rzeźnika, które zaczynają się szumnymi zapowiedziami: "Wszystko policzone, tempo takie a takie zaplanowane, całość w 12 godzin pykniemy...", a kończą opisem człapania resztkami sił i ukończenia tuż przed limitem, albo i zejściem z trasy. My nie mieliśmy żadnych wygórowanych ambicji - chcieliśmy po prostu bieg ukończyć w limicie czasu. Rzecz do zrobienia, bo klasyczny Rzeźnik to 80-82 km, na pokonanie których jest 16 godzin. Wyzwaniem jest oczywiście fakt, że trzeba się w czasie tego biegu wdrapać mniej więcej 3,5 km w górę i tyle samo zbiec w dół, często w przysłowiowym bieszczadzkim błocie. Ale co tam - damy radę. W końcu ultra biega się głową.
 
 
O swoich przygotowaniach nie będę się rozwodził. Z perspektywy czasu oceniam je na co najwyżej tróję, bez konkretnego planu - ot, starałam się systematycznie biegać, kilka wycieczek biegowych po okolicznych górkach, kilka biegów zorganizowanych... Może nie za dużo, ale uważałem się za przygotowanego biegowo na tyle, by bieg ukończyć.

Wyposażenie? To temat rzeka. Ilu biegaczy, tyle pomysłów i indywidualnych zasad. Co mieć trzeba, co można (ale niekoniecznie), co zbyteczne... Ja należę do tych biegaczy, którzy wolą biegać "na lekko", bez zbytniego obciążenia. Rzeczy, które "mogą się przydać", przeważnie okazują się tylko ciężarem, który trzeba dźwigać, a uwierzcie, po kilkudziesięciu kilometrach każde 10 dkg ma znaczenie. Tu pojawia się magiczne słowo "przepak". Co to? Otóż przed startem możesz przygotować worek z zapasowym ekwipunkiem. Możesz tam spakować wszystko, czego nie chcesz brać na plecy, a może Ci się przydać na trasie: zapasowe ubrania (kurtka, bluza, peleryna, skarpetki, buty itd.), ulubione jedzenie, kije, powerbank, strój batmana, żel na otarcia, spray na komary itp. Na większości biegów ultra organizator zapewnia na przynajmniej jednym punkcie odżywczym dostęp do tego worka. Co by nie powiedzieć, jest to ogromne ułatwienie dla biegaczy. Najlepszym przykładem jest właśnie Bieg Rzeźnika, który rozpoczyna się o 3 nad ranem i sporo biegaczy startuje w bluzach lub kurtkach, które zostawiają na przepaku, a wyjmują z niego kije, których od 1-go przepaku można używać.
Na niektórych biegach przepaków nie ma, co wymusza dobre przemyślenie wyposażenia i odpowiedzialność za swoje decyzje - na Chudym Wawrzyńcu wystartowałem w bluzie, którą zdjąłem po 10 minutach biegu, a nieść musiałem przez następne ileś godzin. No ale dla sporego procenta biegaczy brak zorganizowanych przepaków to wręcz tragedia i dramat, co udowodniła gównoburza po ogłoszeniu zmian w tegorocznej edycji Festiwalu Rzeźnika, dokonanych po to, żeby biegi w ogóle mogły się odbyć.
No, ale wróćmy do wyposażenia. Buty trzeba mieć, koszulka i spodenki też by się przydały. Do tego plecak biegowy (zwykły by się bardzo telepał podczas biegania), żeby wodę, batonika i żel jakiś mieć gdzie wrzucić. Telefon i folia NRC są obowiązkowe na większości biegów. I w zasadzie tyle. Co do marek sprzętu, ubrań itp., to owszem, znam i rozpoznaję, ale sensu w wydawaniu milionów monet na szpej biegowy nie widzę. Nie uwierzylibyście, ile kasy mają na sobie niektórzy biegacze - grube tysiące złotych. Jedyne, na co warto trochę wydać, to buty biegowe - co nie zmienia faktu, że ja buty od zawsze miałem i mam z Decathlonu i uważam, że jakością nie ustępują w niczym tym super-ultra markowym, a kosztują kilkukrotnie mniej. Kijków nie używam, bo nawet chodzić z nimi nie umiem, a co dopiero biegać, zresztą bieganie jakoś średnio mi się kojarzy z kijami.
Co poza tym? Fajnym bajerem, ale mimo wszystko bajerem jest zegarek biegowy. Nazwa trochę myląca, bo tak naprawdę zegarki sportowe to w większości przypadków pełnoprawne komputery umożliwiające monitorowanie iluś tam parametrów w kilku lub kilkunastu dyscyplinach, a w biegach m.in. parametry biegu, przebieg trasy i mnóstwo innych rzeczy. Do niektórych zegarków można wgrać mapę topograficzną, trasę biegu i na mecie powiedzieć do siebie zmienionym głosem: "Jesteś u celu. Prowadził Cię Krzysztof Hołowczyc". Ponieważ zegarki z baterią wytrzymującą kilkanaście godzin z włączonym GPS kosztują od 800 zł w górę (modele z mapami to 2-3 tys.), a jakoś nikt mi podobnego prezentu dotychczas nie zrobił, obywam się bez niego.

Przygotowani, spakowani i gotowi jak stonka na wykopki wyruszyliśmy w Bieszczady. Tak się akurat składa, że Rafał w Bieszczadach rodzinę posiada, więc kwestię zakwaterowania mieliśmy ogarniętą. Dojechaliśmy i dopiero mając problem z zaparkowaniem w Cisnej, żeby pakiety odebrać i worki na przepaki zostawić, uświadomiliśmy sobie, jakiej skali to impreza i że to rzeczywiście pełnoprawny "Festiwal Biegu Rzeźnika".

 
21 czerwca, o 3 nad ranem stanęliśmy na starcie. Powiem wam, że to robi wrażenie - najpierw długi rząd autobusów w Cisnej, potem tłum biegaczy na wąskiej drodze w Komańczy przed linią startową. Specyficzna przedstartowa atmosfera - na jednych twarzach napięcie, na innych pełen luz. Strzał startowy i poszli...
Rafał rwał do przodu, ja stopowałem. Pierwsze kilometry spokojnie, żeby nie przeszarżować. Mniej więcej na 25 kilometrze zaczęły się problemy. Rafałowi energia wyparowała, a zaczęły doskwierać skurcze ud i niespodziewany ból w kolanie. Żeby nie było nudno, to moje prawe kolano też zaczęło sygnalizować, że "Houston, mamy problem" i kłuciem nie dało o sobie zapomnieć do końca biegu. Na przepak w Cisnej (około 32 kilometr trasy) dociągnęliśmy mimo wszystko w dobrym czasie. Rafał zapodał podwójną dawkę magnezu, uzupełniliśmy wodę, wszamaliśmy na szybko jakieś dobroci, których zawsze na punktach odżywczych pod dostatkiem i ruszyliśmy dalej, mając około godziny zapasu czasowego.

Zaraz za Cisną zaczyna się kiepa na Małe Jasło - jedyne miejsce, na którym autentycznie kije by się przydały. Kto był ten wie. I tam pod tą górę skurcze załatwiły Rafałowe uda na amen - magnez nieszczególnie działał, a stromizna nie pomagała. To już nawet nie był marsz, tylko tip-topy bardziej. Zapas czasu kurczył się w zastraszającym tempie. Później skurcze puściły, ale kolano Rafała na dobre przestało współpracować z właścicielem, więc biegania praktycznie nie było. Na drugi przepak wpadliśmy 10 minut przed jego zamknięciem - zdążyliśmy tylko dolać wody do bukłaków. W tym momencie zaczęło padać. Popatrzyłem na zegarek, popatrzyłem na trasę i na limit czasu... Nadzieja umiera podobno ostatnia, ale wiedziałem, że jeżeli nie przyśpieszymy, nie zdążymy na kolejny pomiar czasu. Tylko, że w takich warunkach pogodowych i przy naszej kondycji szans na przyśpieszenie nie było. Jedyną możliwością było wydłużenie limitu przez organizatorów, ale aż takiego załamania pogody nie było, żeby można było na to liczyć.
Przez kilka kilometrów szedłem kilkadziesiąt metrów przed Rafałem. Musiałem przetrawić swój zawód: niezrealizowane marzenie, godziny treningów, ogłoszony całej rodzinie i wszystkim znajomym udział w Rzeźniku, z którego wrócę jak niepyszny. Wstyd rechotał w tyle głowy, gniew buzował - na Rafała, że za słabo się przygotował; na siebie, że trzeba było więcej trenować razem... Po jakimś czasie mi przeszło - przecież obaj chcieliśmy Rzeźnika ukończyć, a że nie wyszło? Kontuzja to niczyja wina, a za przygotowanie byliśmy odpowiedzialni wspólnie. Jeśli dałem ci odczuć Rafale swoje negatywne emocje, to niniejszym Cię przepraszam.

Rzeźnik jest jedynym znanym mi biegiem ultra bieganym w parach. Zasady są proste - albo obaj, albo żaden. Czy mogłem zostawić Rafała i pocisnąć? Mogłem - wiem, że niektórzy tak robią. Pewnie bym się w limicie zmieścił, zakładając, że moje kolano by mocniejsze tempo wytrzymało. Pytanie po co? Tak czy owak byłby DNF (Did Not Finish), czyli bieg nieukończony. Jedyna różnica, to że medal bym dostał, gdybym dobiegł w 16 godzin. Miałbym kawałek gliny na sznurku, który byłby tylko wyrzutem sumienia, że zostawiłem kumpla na trasie. Bez sensu. Razem zaczęliśmy, razem skończymy. Nie udało się, trzeba to ogarnąć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Na kolejnym pomiarze czasu byliśmy sporo po limicie i na ostatni odcinek trasy już nas nie puszczono. 70 kilometrów zrobiliśmy, ale marne to pocieszenie. Brakło nam czasu, bo te 10 kilometrów do mety pewnie byśmy przeszli, ale Rzeźnik to w końcu bieg, a nie wycieczka górska. Zaczekaliśmy na busa, który odwiózł nas do Cisnej. Cyknęliśmy pamiątkowe zdjęcie na ściance i tak oto skończył się dla nas Bieg Rzeźnika 2019.
 
 
Mawia się, że Bieg Rzeźnika może rozwalić znajomość, przyjaźń czy małżeństwo - w czasie 80 kilometrów i kilkunastu godzin na trasie dużo może się wydarzyć, bo wysiłek i emocje często bywają ekstremalne. W przypadku mnie i Rafała Rzeźnik niczego nie zniszczył, a wręcz przeciwnie - nadal się kumplujemy, utrzymujemy kontakt, można chyba powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. 
W tym roku druga próba. Zaraz po biegu, jeszcze w Cisnej, podjąłem decyzję, że w 2020 spróbuję znowu. Czy w tym roku uda się wrócić z tarczą? Lekko nie będzie, bo przygotowania w tym roku to tylko "działania pozorowane" - mam za to trochę doświadczenia, którego w ubiegłym roku nie miałem. Jak będzie? Okaże się za niespełna miesiąc.

P.S. Tegorocznego Rzeźnika nie biegnę z Rafałem, który w tym sezonie leczy poważne złamanie nogi po wypadku narciarskim. Tym razem niejaki Robert G. jest moją biegową parą. Życzcie nam powodzenia.

Komentarze

  1. Dzięki Leszku za wspomnienia, fakt z przygotowaniem się trochę nam (mi) nie wyszło, na nic zdały się dobre rady Rzeźników, i dystans mnie pokonał. Wszystko przed nami. Pokonaj góry w tym roku, a przyszłość pokaże czy i ja tego dokonam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz