Początek roku to czas planowania. Dla amatorów sportu
kalendarz staje się wyjątkowo ważny. Kalendarze i długopisy w spoconych
dłoniach, obok komórki z rozpisanymi biegami, zawodami, eventami… Obliczenia i
rozważanie, ile tych weekendów zarezerwować, żeby najfajniejsze imprezy ogarnąć,
kondycyjnie dać radę („ja nie dam rady?”) i zmieścić się w budżecie (nigdy się
nie udaje), nie dostając przy okazji papierów rozwodowych (a może nawet jakiś czas z rodziną
spędzić) itd.
Na koniec stycznia cały rok zaplanowany. Ten bieg zaznaczony jako ważny, tamten wykreślony, jeszcze inny jako trening... Za oknem szaro-buro-deszczowo, siłownia z bieżnią za daleko by warto było jeździć, więc nie brałem się za nie wiadomo jakie przygotowania - bardziej rozruch niż treningi pełną gębą. Spokojnie, na prawdziwe trenowanie dużo czasu. Gdy w lutym i początkiem marca patrzyłem na kolejne
niusy związane z wirusem, komentarz miałem jeden: „kolejna pseudo-epidemia”. Szybko okazało się jednak, że bez względu na moje nastawienie, temat koronawirusa stał się poważny.
Z czysto praktycznego punktu widzenia nie ma znaczenia skąd
się wirus wziął, czyja to sprawka i jakie interesy za tym stoją. Pewne jest to,
że jedni na tym gigantycznym zamieszaniu zbiją majątek, inni stracą wszystko. Kononowicz
miał rację i tylko czekać, aż to wszystko jeb.ie i nie będzie niczego.
Kwarantanna, zagrożenie dla osób starszych, zamknięte sklepy,
kina, siłownie, szkoły… Stres jest, ale nie ma co narzekać. Człowiek się cieszy,
że najbliżsi zdrowi, że ma robotę i wypłatę na czas. Święta w domu, zakaz
wychodzenia, wszelka aktywność ograniczona. Na luzie? Nie do końca, ale i bez
paranoi. U mnie biegi zeszły na dalszy plan. Nie biegałem większość życia,
kilka tygodni też przeżyję. Na niektórych forach biegowych panika, bo zakazali.
Połowa kpiących dotychczas z mechanicznych bieżni, rowerów treningowych itp. zaczęła
poszukiwania wykpiwanego wcześniej sprzętu, druga połowa zaczęła informować świat cały, że mają
prawo sport uprawiać i cytować paragrafy, jak to się będą wykłócać z policją. No i co? Mandatów trochę się posypało, policja
straciła sporo z trudem wypracowanego szacunku. Chwilę potrwało i ograniczenia
poluzowane. I tyle. Teraz wolno chodzić, biegać, jeździć – co kto lubi.
No dobra, wolno, ale co teraz? Początkiem roku plany
treningowe porobiłem, wymyśliłem, jak to się do tegorocznych biegów przygotuję
i jak świetnie wypadnę, zostając bohaterem w swoim domu i kolejny raz udowodniając
znajomym swoją szajbę. Ledwo jednak trenować zacząłem, to wpadł miesiąc
przerwy, który sprawił, że organizm zdążył zapomnieć, co z takim trudem
człowiek wypracował. Teraz rozkmina: będą biegi czy nie będzie? Jeśli będą, to
napierać trzeba teraz na maksa, bo inaczej się nie przebiegnie tych
kilkudziesięciu kilometrów po górach bez zdychania i limitu czasu wiszącego nad
łbem. A jeśli biegi odwołają? To szkoda się szarpać i wystarczy na luzie pykać
sobie po kilka kilometrów dziennie, dla własnego samopoczucia i zmniejszenia
typowego, codziennego wkurwu. Trenowanie czy relaks? Oto jest prawdziwy dylemat.
To oczywiście dylemat pół żartem pół serio. Nawet jak się
nie przygotuję, to najwyżej nie ukończę albo ledwo ledwo. Strata tylko taka, że
ucierpi moja duma własna.
W biegach, w których planowałem biec
w tym roku zamieszanie. Festiwal Biegu Rzeźnika, Górski Bieg Frassatiego, Bieg Herosa, Maraton Trzech
Jezior, Muflon Trail Orienteering, Bieg Po Zdrój… Część organizatorów niepewnie mówi, że chce zrobić, część przeniosła na jesień albo na przyszły rok, część milczy – wszyscy czekają co będzie. A organizatorzy i biegacze
to przecież tylko część czekających – cała masa ludzi żyje, bo ktoś przyjeżdża na
bieg czy urlop i wynajmuje u nich pokój
albo wcina obiad. Zbliżają się wakacje – też nie wiadomo, jak to będzie
wyglądać.
Póki co cisza. Zwykła cisza czy cisza przed burzą?
Grafiki dzięki uprzejmości kryzyswieku.blogspot.com i biegoholizm.pl
Grafiki dzięki uprzejmości kryzyswieku.blogspot.com i biegoholizm.pl



Komentarze
Prześlij komentarz