No to kaplica.

Święta... Poza oczywistymi dla każdego chrześcijanina sprawami, Święta Bożego Narodzenia oznaczają także oczywiste sprawy dla większości biegaczy. Sałatka, rybka, barszczyk, kotlecik, ciasta, ciasteczka... Gdybym liczył kalorie, to pewnie bym teraz kwilił gdzieś w kąciku w rozpaczy, kiedy ja to spalę. Kalorii nie liczę (przynajmniej nie w święta), ale nie trzeba być dietetykiem, żeby wiedzieć, że serniczek panom w bicepsy nie pójdzie, ani paniom w biust (a raczej nie tylko) - sorry, taki mamy klimat.
Święta i dieta to słowa się wykluczające, więc może wyjście abstrakcyjne, ale nie niemożliwe - ruch. Co wcale nie jest prostą sprawą, bo okolice około-świąteczne nie obfitują przeważnie w nadmiarowy czas na fitnessy czy bieganie. Zresztą bądźmy szczerzy - czas na nic-nie-robienie też jest potrzebny, nie trzeba wciąż gnać do przodu, a leżing też jest fajną formą spędzania czasu.
No ale gdzieś z tyłu głowy jest wyrzut sumienia, że biegania ostatnio mało było, a jak się człowiek porusza, to z czystym sercem może przecież potem zjeść trzy kawałki ciasta zamiast jednego.
Do mojego standardowego biegania po wsi jakoś ciężko mi się zmusić, bo albo deszcz pada, albo sąsiad kopci i smog, albo śnieg sypie... Więc co? Więc bieg zorganizowany. Ode mnie niedaleko, dystans 8.2 km, za darmochę, cel szczytny (datki na wakacje dla dzieciaków) - po prostu "cud, miód i orzeszki". Akurat, żeby spalić choć cześć nadmiarowych kalorii.


 
Wstałem rano, skoro świt (tzn. koło 9.00), śniadanie zrobiłem dla siebie i gromadki swych dzieci (troje, ale jak to brzmi - gromadka!), pouczyłem je, że mają być grzeczne, domu w ramach możliwości nie spalić, a może nawet posprzątać, a ja myknę sobie na bieg, po drodze zakupy zrobię i za 2-3 godzinki jestem. Przecież 8 km to się spacero-truchtem w 40 kilka minut robi. 
Plan był idealny i nawet posypujący śnieg wydawał się być czymś pozytywnym po kilku dniach deszczu. I naprawdę byłoby idealnie, gdyby nie to, że nie wiedzieć czemu ubzdurało mi się, że bieg jest po asfalcie. Byłem tego tak pewny, że nawet mi do głowy nie przyszło, żeby organizatorów o trasę zapytać. Na pewniaka wziąłem więc buty na asfalt, które bieżnik mają niewiele większy niż halówki.
I tu doskonale wpasowuje się nazwa biegu. "No, to kaplica", pomyślałem już po pierwszych kilkuset metrach. Jak można się domyślać, na całej trasie asfaltu praktycznie nie było - może w sumie z pół kilometra. Prawie cała trasa to pola i las, czyli przy tych warunkach pogodowych mieszanka błota, liści, wody i śniegu, w proporcjach zmiennych, z tym że błoto było zawsze.
Nie wiem, czy zdarzyło wam się biegać po lesie jesienią/zimą w butach bez trailowego (czytaj: sensownego) bieżnika. Najbardziej przypomina to wejście na lodowisko w butach zamiast łyżew. Każda próba biegu to wygibasy jak w jeździe figurowej. Tu już nie ważna była szybkość czy styl, liczyło się tylko to, żeby nie wywinąć jakiegoś malowniczego orła, a jak już, to żeby ucierpiała co najwyżej du.a (wstawcie sobie "m" lub "p", obie wersje pasują), a nie łeb zakuty, który wpadł na pomysł biegania po lesie zimą w takich butach. Momentami nawet szybki marsz przypominał ćwiczenia do szpagatu. Możecie sobie wyobrazić, że trochę to męczące i frustrujące, bo człowiek chciałby biec, a się nie da. No ale dotarłem do mety w całości, nie uszkadzając po drodze zbytnio ani ciała ani ducha, choć oczywiście bez zaliczenia gleby się nie obyło.
Summa summarum:
- zmęczyłem się tak, jakbym przebiegł półmaraton, a nie "ledwo" 8 km;
- spociłem, jakby termometr pokazywał +30, a nie -1 (taki urok zimowego biegania);
- upaprałem, jakbym biegł Runmageddon a nie zwykły bieg;
- wynik osiągnąłem jakbym nie biegł, tylko maszerował (co wcale daleko od prawdy nie odbiega);
- kalorii spaliłem pewnie 3 razy tyle, niż na biegu asfaltowym tej długości (to akurat na plus);
Mówiąc krótko: było świetnie! Jeżeli jeszcze nie ruszyliście tyłków po Świętach, to rozejrzyjcie się - biegów sylwestrowo-noworocznych jest pełno. Tylko buty ubierzcie odpowiednie.

Komentarze