Historyja biegowa cz. 1 - Początek

Początek? Chyba rok 2014, o ile jestem w stanie stwierdzić. Człowiek żyje sobie spokojnie, dzień za dniem mija.  I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że jakoś jakoś tak dziwnie niezauważalnie traci się siłę, chęci, witalność. Metabolizm nie ten, sprawność nie ta... Jeszcze chwila i aktywność, do niedawna zwyczajna, stanie się problemem. Więc co? Olać temat, potraktować jako naturalną kolej rzeczy? Jakoś się nie da, bo człowiek nadal czuje się dwudziestolatkiem, tylko w trochę starszej skórze. Lekka panika... Wizja w głowie: albo zacznę coś robić ze sobą, albo za kilka lat kardiolog, geriatra i spacery z balkonikiem. 
Pierwsze wyjścia "pobiegać", były dramatyczne, ale czemu się dziwić, jak człowiek nie biegał od czasów szkolnych. Sąsiedzi mieli radochę. Najpierw był to marsz i trochę biegania. Z czasem proporcje się zmieniały. Powoli idea biegania weszła mi w krew i nawet sąsiedzi z czasem przestali się pukać w czoła. Kilka razy w tygodniu po kilka kilometrów, dla samego siebie, dla własnego samopoczucia - fizycznego i psychicznego. Nigdy bym nie przypuszczał, że bieganie tak uspokaja. Człowiek się odstresuje, o kondycję zadba i ma tę świadomość, że może bezkarnie zjeść ciacho i nadal będzie widział swoje stopy.
zorganizowanych biegach czy zawodach nie myślałem w ogóle. Po prostu wychodziłem pobiegać.

Komentarze