Po Runmageddon Ultra zacząłem się zastanawiać, co dalej. Z niektórymi technicznymi przeszkodami cały czas miałem problemy, bo nie ćwiczyłem wystarczająco techniki i (zwłaszcza) siły, żeby je móc pokonać - a tych przeszkód pojawiało się coraz więcej. A z drugiej strony jakoś zacząłem tracić entuzjazm, bo idea kumulacji przeszkód mnie nie kręciła, a dystanse pokonałem wszystkie. I jak to w takich sytuacjach bywa, całkowitym przypadkiem (figura retoryczna, przypadków nie ma) trafiłem na Chudego Wawrzyńca. Kontuzja znajomego znajomego, pakiet po taniości, szybka decyzja, przepisanie pakietu. Jak się okazało, to był strzał w dziesiątkę. Mój pierwszy prawdziwy górski bieg Ultra, który na zawsze zostanie w mojej pamięci.
Każdy Runmageddon to impreza. Muza na full, ze sceny co chwila ktoś coś krzyczy, mnóstwo ludzi, lody, hamburgery, kiełbacha z grilla, piwo - festyn pełną gębą. Ktoś lubi, ktoś nie. Ja akurat nie przepadam za tą biegowo-festynową otoczką.
Na Chudego Wawrzyńca jechałem z mieszaniną ekscytacji i niepewności. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Biegi Ultra kojarzyły mi się z jakimiś cyborgami, biegającymi dziesiątki i setki kilometrów po górach. Gdzie mi tam do nich? A tu totalne zaskoczenie. Osób stosunkowo niewiele, atmosfera wręcz rodzinna. Biegi ultra to na tyle mały (w bardzo pozytywnym sensie) światek, że sporo ludzi się zna lub przynajmniej kojarzy. A ja, świeżak totalny, poczułem się tam po prostu dobrze - tak zwyczajnie swojsko. Dodam tylko, że z Krzyśkiem Dołęgowskim (pomysłodawcą i wieloletnim organizatorem Chudego) mogłem pogadać jakbyśmy byli kumplami.
Każdy Runmageddon to impreza. Muza na full, ze sceny co chwila ktoś coś krzyczy, mnóstwo ludzi, lody, hamburgery, kiełbacha z grilla, piwo - festyn pełną gębą. Ktoś lubi, ktoś nie. Ja akurat nie przepadam za tą biegowo-festynową otoczką.
Na Chudego Wawrzyńca jechałem z mieszaniną ekscytacji i niepewności. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Biegi Ultra kojarzyły mi się z jakimiś cyborgami, biegającymi dziesiątki i setki kilometrów po górach. Gdzie mi tam do nich? A tu totalne zaskoczenie. Osób stosunkowo niewiele, atmosfera wręcz rodzinna. Biegi ultra to na tyle mały (w bardzo pozytywnym sensie) światek, że sporo ludzi się zna lub przynajmniej kojarzy. A ja, świeżak totalny, poczułem się tam po prostu dobrze - tak zwyczajnie swojsko. Dodam tylko, że z Krzyśkiem Dołęgowskim (pomysłodawcą i wieloletnim organizatorem Chudego) mogłem pogadać jakbyśmy byli kumplami.
Stając przed świtem na starcie, jeszcze tego nie wiedziałem, ale gdy kończyłem, byłem pewien. To jest to! Brak hałasu miasta, biegowego tłumu, w zamian piękna przyroda, góry, cisza... to wszystko sprawia, że bieg w górach gwarantuje momentami uczucia prawie, że mistyczne. I tak się zaczęła moja przygoda z biegami górskimi.

Komentarze
Prześlij komentarz