Główny Szlak Beskidzki czyli moja mała wojna

Dawno, dawno temu... Tak zaczynają się wszystkie najfajniejsze historie słyszane w dzieciństwie. Tak też wypada zacząć tę opowieść, która jest trochę kontynuacją tematu rozpoczętego pięć lat temu, a trochę czymś całkiem nowym. Niby ta sama droga, ci sami bohaterowie, a jednak inny etap życia i inny czas.

No ale do rzeczy. Kilka lat temu pojawił się pomysł, żeby przejść Główny Szlak Beskidzki, czyli najdłuższy szlak w polskich górach, liczący około 500 km, mający ponad 22 tysiące metrów przewyższenia i biegnący od Ustronia do Wołosatego przez Beskid Śląski, Beskid Żywiecki, Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski oraz Bieszczady.

Główny Szlak Beskidzki
Główny Szlak Beskidzki

Idea przeszła w fazę realizacji przed pięcioma laty, kiedy to – uzbrojeni w moje przekonanie o nieśmiertelności oraz niespożytych siłach własnych i synowskich – razem z Szymonem (mającym wtedy 16 lat) raźno ruszyliśmy w drogę. Dość szybko okazało się, że mój plan pokonania GSB w 13 dni jest nierealny. Teoretycznie pokonywanie średnio 40 km dziennie jest możliwe, ale w górskiej rzeczywistości okazało się niewykonalne. Koniec końców przeszliśmy sporą część trasy, spędzając przy okazji kilka dni na wędrówce po Beskidzie Niskim i opuszczonych łemkowskich wsiach (co było dla mnie wstrząsającym przeżyciem, ale to temat na inny wpis).

Całe przedsięwzięcie otrzymało wówczas status „mission failed” i leżało sobie spokojnie na półeczce z rachunkami do wyrównania.

Nadszedł rok Pański 2026 i Główny Szlak Beskidzki wrócił do kalendarza. Trochę starsi i nauczeni doświadczeniem, zaplanowaliśmy przejście na 16 dni, awaryjnie zostawiając sobie 1–2-dniowy bufor w razie nieprzewidzianych okoliczności, fatalnej pogody, kontuzji itp. Inaczej też podeszliśmy do wyposażenia niż 5 lat temu, wiedząc już, co wtedy nam się przydało, a co było zbędnym balastem. Generalnie plan zakładał marsz na lekko – do plecaków spakowaliśmy tylko to, co konieczne, przy założeniu, że śpimy w schroniskach i agroturystykach. Śpiwory i karimaty zostały w domu – ostatnio z nich nie korzystaliśmy, a nieść je trzeba było. Za to w plecakach znalazła się odzież termoaktywna, której za pierwszym razem nie było, a teraz warto było zabrać, bo mimo globalnego ocieplenia wrzesień w górach to nie to samo co lipiec.

Wracając do bagażu – dla ciekawskich: razem z jedzeniem (na półtora dnia) i wodą (2 litry), waga „startowa” każdego z plecaków wynosiła niespełna 10 kg, więc stosunkowo niewiele.

Naszym celem było ścisłe trzymanie się czerwonego szlaku od kropki w Ustroniu do kropki w Wołosatem, bez skrótów czy ułatwień, tak aby zdobyć najważniejszą, diamentową odznakę PTTK:

Diamentowa Odznaka PTTK GSB

Dzień 1: Ustroń – Stecówka – 34,5 km

Stojąc pod czerwoną kropką oznaczającą początek szlaku, czułem po trochu stres, po trochu ekscytację, ale najbardziej chyba radość, że Szymon, mając 21 lat, studia, dziewczynę i swoją ekipę, chce iść na ponad 2 tygodnie w góry ze mną. To też odpowiedzialność, żeby nie zawieść, żeby dać radę i żeby to był dobry i wartościowy czas, cokolwiek wydarzy się na trasie.

Patrząc na mapę, widać, że początek szlaku jest, jakby to ująć, mocno dyskusyjny. Najpierw trzeba się wspiąć z Ustronia na Równicę, potem z niej zejść do tego samego miasteczka (tylko kilka kilometrów dalej), by zaraz ponowić wspinaczkę – tym razem na Czantorię Wielką.

Dość szybko okazało się, że moja kondycja nawet nie stała obok tej sprzed pięciu lat i już wchodzenie na Równicę sprawiło, że się zasapałem i zacząłem pocić.

Natomiast podejście na Czantorię, prowadzące tuż obok stoku narciarskiego, zweryfikowało mnie bez litości. Próba dotrzymania kroku Szymonowi sprawiała, że miałem mroczki przed oczami, a tętno gnało jak najlepszy rave z lat 90. W połowie podejścia, jak gdyby nigdy nic, wyprzedził mnie starszy pan w wieku emerytalnym, nie wykazując jakichkolwiek oznak zmęczenia. Chwilę później kolejny facet, z wyraźną dwudziestokilogramową nadwagą, dogonił mnie i bez problemu szedł moim tempem. Ja wiem – od trzech lat praktycznie nie biegam, no i jestem nieco starszy niż w 2021 roku, ale człowiek ma jakieś wyobrażenie o sobie, własnej formie i wydolności, a potem przychodzi życie i pokazuje, gdzie możesz sobie ten obraz samego siebie wsadzić.

Grubo się zaczynała ta wyprawa, oj grubo...

Reszta dnia na szczęście trochę uspokoiła emocje i ciśnienie. Przewyższenia były znośniejsze i poza standardowym narzekaniem na kamienie (uroki Beskidu Śląskiego), mogliśmy się cieszyć wędrówką. Przez Czantorię przemknęliśmy, wbijając tylko pieczątkę do książeczki PTTK. To wzniesienie jest przykładem tego, jak NIE powinny być zagospodarowane góry – choć może komuś pasuje pseudoknajpa z muzyką puszczoną na cały regulator na samym szczycie. Za to na nieodległym Soszowie schronisko okazało się na medal – z klimatem i fajną obsługą. Po drodze minęliśmy Stożek i przełęcz Kubalonka, by na nocleg dotrzeć na Stecówkę. Zatrzymaliśmy się w Agroturystyce u Kukuczków i trzeba przyznać, że to rewelacyjne miejsce: niewielkie koszty, stuletni dom i przemiła gospodyni. Polecam.

U Kukuczków

Dzień 2: Stecówka – Rysianka – 38 km

Dzień rozpoczęliśmy od kawy ze współlokatorkami i ich opowieści o starych czasach oraz górskich wędrówkach. Trzeba było jednak ruszać, bo przed nami był jeden z trudniejszych dni całej wyprawy. Na początek Barania Góra. Chwila przerwy, szybkie zdjęcie na szczycie i idziemy dalej.

Do Węgierskiej Górki szło się nam nawet przyjemnie, ale zejście do miejscowości – prosto na piekące słońce i promieniujący gorącem asfalt – wywołało lekki szok termiczny. Gdy weszliśmy do klimatyzowanego sklepu po zakupy, ścięło nas w momencie. Udar to może nie był, ale czuliśmy się jak naćpani. Chwila odpoczynku i energetyk uratowały sytuację.

Niestety, dalsza trasa to najpierw kilka kilometrów nudnego asfaltu, potem na szczęście las, ale i tak droga dłużyła mi się niesamowicie. Niby wiedziałem, ile jeszcze zostało, bo trasę znałem, ale podejście z Węgierskiej Górki na Rysiankę to kilkanaście kilometrów pod górę, a ja znowu czułem, jak beznadziejna jest moja forma. Krótki postój przy Stacji Turystycznej Abrahamów, chwila rozmowy, nabranie wody i zjedzenie gruszki bardzo poprawiły mi humor na ostatnie trzy godziny marszu. Do schroniska na Rysiance dotarliśmy po 18:00 – akurat, żeby zdążyć wypić Kofolę przed zamknięciem kuchni.

Rysianka

Siedząc tam i patrząc na góry, miałem cholernego doła psychicznego. Wydawało mi się, że moje doświadczenie dni i setek kilometrów w górach z kilkunastu ostatnich lat wystarczy, a zamiast tego ten ledwo drugi dzień mnie przeczołgał jak kapral szeregowca na pierwszym poligonie... Przecież to dopiero początek, a ja już kondycyjnie nie dźwigam tematu... Mój własny organizm toczył ze mną walkę, a to przywołało starą piosenkę Lady Pank:

Zawsze iść - rozkaz, który mam we krwi
Małą wojnę w sobie mieć
Z każdym z was walczyć do utraty tchu
I bez słów...
Mogę zwalić Ciebie z nóg
Wrogu mój, co wykrzywiasz usta
Nie przepraszaj, tylko wstań...

Dzień 3: Rysianka – Markowe Szczawiny – 33 km

Rano przywitała nas wszechobecna mgła i temperatura o kilkanaście stopni niższa niż dnia poprzedniego. Na szczęście deszcz wypadał się w nocy, więc obeszło się bez wyciągania peleryn.

W sumie niewiele jest do opowiadania o tym dniu. Schronisko na Miziowej przypomina bardziej hotel, więc przybiliśmy tylko pieczątkę i ruszyliśmy dalej. Szczyt Mędralowej jest wciśnięty w czerwony szlak jakby trochę na siłę, no ale skoro leży na trasie, to i na niego wdrapać się trzeba było.

Po dotarciu do schroniska na Markowych Szczawinach od razu zdybał nas gawędziarz z piwem. Snuł historie o tym, jak to przeszedł GSB w 14 dni na kacu. Jak się okazało, facet chyba miał problemy z pamięcią krótkotrwałą – wieczorem kolejny raz pytał nas, czy idziemy GSB, a rano powtórzył to samo pytanie... Swoją drogą, Markowe Szczawiny to jedyne miejsce, gdzie naprawdę przydały mi się stopery do uszu. Bez tego nie ma szans na wyspanie się, gdy w pokoju nocuje 10 osób.

Dzień 4: Markowe Szczawiny – Bystra Podhalańska – 32 km

Tym razem wystartowaliśmy już w pelerynach. Droga z Markowych na Babią Górę to wspinanie się w deszczu po kamiennych schodach prawie aż pod sam szczyt (czerwony szlak nie idzie Percią Akademików). To było jeszcze znośne do momentu, w którym wyszliśmy na ostatnie, otwarte podejście. Tam „Królowa Beskidów” dobitnie pokazała, że mój brak szacunku i sympatii do niej ma pełne uzasadnienie. Zupełnie nie rozumiem fenomenu i popularności tej góry. Cały odcinek szczytowy szliśmy w gęstej chmurze – porywisty wiatr, zacinający deszcz i widoczność ograniczona do kilku metrów. Przemokliśmy i zmarzliśmy w kilka chwil. Na szczęście Szymon wpadł na genialny pomysł założenia woreczków foliowych na dłonie – to chociaż trochę ochroniło nasze ręce, bo rękawiczki były przemoczone na wskroś.

Babia Góra

Deszcz nie odpuścił do końca dnia, choć po zejściu na Przełęcz Krowiarki przynajmniej wiatr przestał nam dokuczać. Po przejściu Policy zatrzymaliśmy się na moment w Schronisku na Hali Krupowej, żeby trochę się zagrzać. Lokalizacja i samo schronisko są fajne, ale obsługa wyjątkowo niemiła – to idealny przykład, jak zachowanie personelu potrafi zepsuć całą atmosferę miejsca. Dla równowagi, na noclegu w Bystrej Podhalańskiej gospodarze byli niezwykle pomocni i sympatyczni. Nadarzyła się świetna okazja, by wysuszyć ciuchy i buty przy rozpalonym kominku, a także pogadać o GSB z innymi wędrowcami przy wegetariańskim leczo.

Dzień 5: Bystra Podhalańska – Stare Wierchy – 30 km

Na całe szczęście koszmarna pogoda z poprzedniego dnia została tylko wspomnieniem. Buty wyschły, a my mogliśmy spokojnie maszerować przed siebie. I tak szliśmy, narzekając, na czym świat stoi, bo na około 30 kilometrów zaplanowanych na ten dzień blisko połowa to asfalt. Jak na szlak górski – tak mocno średnio.

Drałując dzielnie przed siebie, minęliśmy tatę maszerującego z synem, który poczęstował nas swoją historią z GSB sprzed lat. Jak się tak zastanowić, to całkiem sporo ludzi reagowało pozytywnie na nasz widok. Czasem było to zwykłe pozdrowienie, czasem krótka rozmowa. To chyba taki specyficzny fenomen wędrowania szlakiem długodystansowym.

Musieliśmy przejść cały Jordanów, zanim weszliśmy w pola, by potem znowu zejść do Rabki – czyli z powrotem na asfalt. Tam zrobiliśmy szybkie zakupy, przerwę na jedzenie i ruszyliśmy w drogę.

Dopiero po przejściu całej miejscowości weszliśmy na szlak w stronę Bacówki na Maciejowej. Przy trasie mijaliśmy jedną z kilku napotkanych na GSB dróg krzyżowych. Wywołało to we mnie chwilę zastanowienia: jak te starsze panie w garsonkach i typowo kościelnych butach dają radę podchodzić pod te wzniesienia? Jeśli ktoś zna odpowiedź – chętnie się dowiem.

Gdy dotarliśmy do Schroniska na Starych Wierchach, przywitał nas starszy pan sprzedający oscypki przy wejściu, więc skusiliśmy się na kilka sztuk. Samo schronisko okazało się jednak z rodzaju tych, które można określić zasadą „3xZ”: zjeść, zasnąć, zapomnieć. Obsługa rodem z zakładowej stołówki („Pomidorowa!” – wykrzykiwane przez okienko), horrendalne ceny (obiad około 50 zł, piwo 22 zł) i mały tłum, niczym na jakimś festynie, a nie w sercu gór.

W tym miejscu muszę poruszyć temat, który wyjątkowo leży mi na wątrobie i wielokrotnie wywoływał we mnie skrajne emocje w ciągu tych 16 dni. Liczba spotykanych ameb umysłowych na motocyklach crossowych i quadach oraz kilometry rozjeżdżonego, doszczętnie zniszczonego szlaku to coś, co powinno być piętnowane i karane z całą surowością. Góry powinny być azylem ciszy, a nie torem wyścigowym dla ludzi, którzy wielkość swojego przyrodzenia muszą nadrabiać rykiem silnika. Parafrazując Kazika: „Kto jeździ po lesie crossem albo quadem, jest kutasem i niech spierdala – po dwakroć!”

Dzień 6: Stare Wierchy – Krościenko nad Dunajcem – 40 km

Planowo miał to być – i faktycznie był – najdłuższy pod względem dystansu dzień. Wstaliśmy więc wcześnie, żeby wyjść skoro świt.

Na Turbaczu zrobiliśmy kilka chwil przerwy na podziwianie widoków – Tatry pokazały się nam w pełnej krasie. Te najwyższe polskie góry towarzyszyły nam zresztą przez cały dzień, wyłaniając się na horyzoncie co jakiś czas.

Z Turbacza przez Halę Długą na Lubań, z którego czekało nas długie zejście do Krościenka nad Dunajcem. Ostatnie kilometry prowadzące mocno nachylonym w dół asfaltem nie należały do przyjemności, no ale gdy człowiek ma już w zasięgu wzroku nocleg, to raczej przyspiesza, zamiast zwalniać. W Krościenku baza noclegowa jest ogromna – do wyboru, do koloru. My trafiliśmy w miejsce niezwykle ciekawe i niestandardowe, zwane RetroStacją PRL. Ponad 800 eksponatów ze słusznie minionej epoki tworzy tam niesamowity klimat – dla mnie to była sentymentalna podróż prosto do czasów dzieciństwa.

RetroStacja

Wstępny plan zakładał wyjście na miasto, żeby coś zjeść, ale po przejściu blisko 40 kilometrów zwyczajnie nam się nie chciało. Zamówiliśmy więc obiad z dostawą z jednej z miejscowych knajp. Zjedliśmy go w pokoju, oglądając w telewizji film przyrodniczy z niezastąpioną Krystyną Czubówną w roli lektora. Jak retro, to na całego!

Dzień 7: Krościenko nad Dunajcem – Rytro – 31 km

Trasa tego dnia jakoś nieszczególnie zapisała się w mojej pamięci. Może poza tym, że zaczęliśmy spotykać na szlaku salamandry, a przy ścieżce owce, które patrzyły na nas z czystym niezrozumieniem idei łażenia po górach z własnej, nieprzymuszonej woli.

Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w Schronisku na Przehybie, gdzie schroniliśmy się przed ulewą na małe doładowanie energii batonikiem, mieszanką studencką i głaskaniem schroniskowego kota. Tam też spotkaliśmy starsze małżeństwo, które w tej nieciekawej pogodzie zrobiło ileś nadmiarowych kilometrów, idąc „na azymut” zamiast szlakiem. Można? Można.

Dalsza droga do Rytra szła nam całkiem sprawnie, zwłaszcza że na mecie tego dnia czekał nas nocleg „U Basi”, czyli u pani Genowefy, której wypada poświęcić kilka zdań. Noclegi „U Basi” w Rytrze mają w środowisku GSB renomę miejsca, gdzie po prostu wypada zanocować. Domowy obiad z dokładką, prawdziwa życzliwość, długa rozmowa oraz sam fakt, że gospodyni pomimo przyjmowania wielu turystów pamiętała nas sprzed pięciu lat, świadczą o tym, że to jest wyjątkowe miejsce.

Dzień 8: Rytro – Krynica-Zdrój – 31 km

Start z Rytra jest... No, trudny jest. Pierwsze kilka kilometrów to mozolne wspinanie się pod górę, by w końcu dojść do Schroniska na Cyrli. Tam można odpocząć, wypić domowy kompot, pogłaskać schroniskowego kota i psa i odpocząć w pięknych okolicznościach przyrody – co oczywiście uczyniliśmy.

Chata Górska Cyrla

Dojście do Jaworzyny Krynickiej obyło się bez przygód, za to zejście z niej do Krynicy... No cóż, to idealny przykład przerostu formy nad treścią: szlak jest poprowadzony, delikatnie rzecz ująwszy, bezsensownie i za nic nie mogliśmy pojąć, czemuż tak. Dopiero po zameldowaniu się w „Goprówce”, gdzie mieliśmy nocleg, doczytaliśmy, że akurat ten fragment szlaku jest zgodny z pierwszą historyczną wersją trasy – co nie zmienia faktu, że z obecnej perspektywy jest absurdalny.

Dzień 9: Krynica-Zdrój – Ropki – 24 km

Na ten dzień mieliśmy zaplanowane stosunkowo mało kilometrów, bo około 26. Zaczęliśmy go od przejścia przez Krynicę-Zdrój, gdzie była okazja do zobaczenia klasycznej, uzdrowiskowej zabudowy z dawnych lat i odebrania przeze mnie z paczkomatu butów, które przysłała mi moja ulubiona żona. A czemu? Ano okazało się, że specjalnie na GSB kupione Hoki Mafate Evo 2 nie dają rady – bieżnik znikał dosłownie w oczach. Miękka mieszanka gumy (a niby Vibram), stworzona typowo na miękkie, błotniste ścieżki, została bezlitośnie zmasakrowana przez kilometry rozgrzanego asfaltu i ostre kamienie.

Schodzenie z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wyglądało na mniej lub bardziej kontrolowane poślizgi. Na szczęście w domu leżały Brooksy Cascadia, które dzięki InPostowi i Ani dotarły do Krynicy i dzielnie dały radę do końca wędrówki.

Krynica-Zdrój leży w połowie czerwonego szlaku. Wychodząc z niej, ma się już 250 km w nogach i świadomość, że teraz już nie tyle oddalamy się od startu, ile zbliżamy do mety, a góry zmienią swój charakter. Przeszliśmy przez Mochnaczkę, wspominając wspólny nocleg w Karpatii sprzed pięciu lat i mój sprzed trzech, kiedy to startowałem w Łemkowynie na 150 km (niestety zakończyłem wtedy bieg na 80. kilometrze).

Co dalej? Dalej Beskid Niski, na który wielu narzeka, a który dla nas był i jest super: pola, łąki, owce, krowy, konie...

No i przeszłość, która jawi się przydrożnymi krzyżami, pozostałościami cerkwi, cmentarzy i łemkowskich wsi.

Mieliśmy nocować w Hańczowej, ale z racji tego, że nocleg był prawie 2 km od szlaku, zdecydowaliśmy się przenocować ciut wcześniej – w Ropkach, a dokładnie w Siwejce. Ta miejscówka jest znana i lubiana jeszcze bardziej niż Rytro – to super miejsce, godne polecenia każdemu.

Siwejka

Wieczorem wybraliśmy się na spacer na łemkowski cmentarz, który jest niemym, a jednak krzyczącym głośno świadkiem tego, co ludzie potrafią zrobić innym w imię popieprzonej ideologii (kto chce, niech sobie poczyta o akcji „Wisła”).

Ja osobiście mam szczerą nadzieję, że wszyscy, którzy do tego przyłożyli rękę, smażą się w piekle.

Dzień 10: Ropki – Bartne – 29 km

Po przejściu przez Hańczową czekała nas wspinaczka i strome zejście z Koziego Żebra – które to jest obiektywnie niewielką góreczką, ale jednak nogi odczuwają to inaczej. Przeszliśmy przez Regietów i doszliśmy do Rotundy, która we mgle zrobiła na nas kolosalne wrażenie.

Rotunda

Po zejściu do Zdyni zrobiliśmy zakupy w lokalnym sklepie i daliśmy sobie chwilę przerwy na jedzenie, a potem przyszedł czas na Wołowiec, z którym też wiążą się wspomnienia z poprzedniego GSB. Wstępnie mieliśmy tam nocować i tym razem, żeby na spokojnie pójść do Nieznajowej, ale poukładało się inaczej – w sumie dobrze, bo pogoda nie sprzyjała wycieczkom, było raczej pochmurnie i deszczowo.

Na nocleg doszliśmy do bacówki w Bartnem. Miejsce to przez wiele lat miało opinię jednego z najbardziej problematycznych i odstraszających punktów na czerwonym szlaku, a dawny gospodarz był opryskliwy i nieprzyjazny dla wędrowców. Kto pamięta dawne, mroczne czasy tego miejsca, ten po wejściu do środka przeżyje potężny szok – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wszystko zmieniło się diametralnie w 2024 roku, kiedy schronisko przejęła pani Ewa. Stało się ono jednym z najbardziej klimatycznych i przytulnych miejsc noclegowych w Beskidzie Niskim, z super atmosferą, pysznym jedzeniem i galerią sztuki. Są nowe, czyste łazienki, wygodne łóżka, planszówki, a dla spragnionych relaksu – masaże.

Takie miejsca, gdzie jest przytulnie, ciepło, gdzie dobrze karmią i gdzie mimo zmęczenia nie chce się wychodzić ze wspólnej sali, to obecnie w górach rzadkość, bo duża część baz stała się skrzyżowaniem stołówki z hotelem. W Bartnem siedzieliśmy długo, rozmawiając z innymi turystami (pozdrawiam dziewczynę ze Skoczowa – niestety imienia nie pamiętam) o tym, co na trasie i jakie plany na potem. Tam poznaliśmy też Piotra, z którym dane nam było wędrować prawie do samego końca. Super miejsce.

Bacówka w Bartnem

Łyżką dziegciu w tej beczce miodu był stan zapalny, który wdał się tego dnia do jednego z odcisków Szymona. Ja mam takie stopy, że pęcherzy praktycznie nigdy nie miewam, za to Szymon miał poobklejane plastrami palce i pięty od drugiego dnia naszej wędrówki. Kilka kilometrów przed bacówką jeden z nich zaczął mu naprawdę mocno doskwierać – kto to przeżył, ten wie, że taki „drobiazg” może zakończyć całą zabawę.

Dzień 11: Bartne – Chyrowa – 36 km

Kolejny poranek zaczęliśmy od rozkminy, czy zostajemy jeden dzień i dajemy odpocząć stopom Szymona, czy jednak idziemy. Decyzja zapadła: chyba jest lepiej niż wieczorem, więc mimo że w bacówce fajnie, to szkoda tracić dzień.

Trasa wiodła nas lasami Beskidu Niskiego, przez Kąty, gdzie zrobiliśmy zakupy, aż do Chyrowej, gdzie mieliśmy nocleg.

Po (już klasycznym) przywitaniu się z lokalną wyższą sferą (czyli kotem i psiakami), zjedliśmy obiad i pogadaliśmy chwilę z Piotrem (który dotarł na miejsce chwilę po nas).

Agroturystyka pod Chyrową

Zrobiliśmy pranie (to nader ważna rzecz na GSB, uwierzcie mi na węch) i tylko szybko zapadający zmierzch sprawił, że nie skorzystaliśmy z okazji do zagrania seta czy dwóch w tenisa ziemnego – a okazja była, bo kort dostępny był całkiem za darmo.

Dzień 12: Chyrowa – Puławy Dolne – 39 km

Z Chyrowej ruszyliśmy w stronę Pustelni św. Jana z Dukli, za którą musieliśmy omijać budowę nowej drogi, przecudnej urody, żeby wspiąć się na kolejną niewielką górkę, która sprawia wrażenie dwa razy wyższej, niż jest w rzeczywistości. Cergowa wydawała nam się największą kiepą na GSB. Potem oczywiście trzeba było z niej zejść...

Następne godziny to przejście przez Lubatową, Iwonicz i Rymanów-Zdrój. To obiektywnie całkiem ładne miejscowości uzdrowiskowe, ale subiektywnie mało przyjemne do wędrowania z racji konieczności pokonywania kilometrów asfaltową drogą, więc tuptaliśmy przez nie bez większego entuzjazmu. Następnie przeszliśmy przez Wisłoczek i znowu asfaltem dotarliśmy do Puław Dolnych, gdzie nocowaliśmy w prywatnej kwaterze. Kolacja przy TVP ABC i spać.

Dzień 13: Puławy Dolne – Komańcza – 33 km

Dzień zaczął się od (jak myśleliśmy) niedźwiedzich odgłosów wydawanych paszczą, co nas trochę zaskoczyło, mimo że parę osób straszyło nas obecnością niedźwiedzi w tych okolicach. Jak się potem okazało, najprawdopodobniej jednak nie był to niedźwiedź, tylko jeleń – dla niewprawnego ucha oba te zwierzęta mogą brzmieć bardzo podobnie.

Droga do Komańczy minęłaby bez przygód, gdyby nie to, że po spotkaniu Piotra na szlaku (wychodził wcześniej i szedł trochę wolniej, więc przeważnie spotykaliśmy się w trakcie dnia) szliśmy kawałek razem. Zagadani skręciliśmy nie tam, gdzie trzeba, a potem musieliśmy przedzierać się przez chaszcze, żeby wrócić na szlak.

Komańcza przywitała nas zamkniętym sklepem (niedziela) i schroniskiem, które nosi nazwę „Stare Schronisko” i przywodzi na myśl erę lat 60. i 70. ubiegłego wieku w górach. Myślę, że gospodarze nie obrażą się na skojarzenia z erą hipisów czy kultowej bieszczadzkiej Chatki Puchatka. Nawet nie do końca wiem, jak to miejsce opisać – bije stamtąd niepowtarzalny klimat: rękodzieło, miody, sery, kozy, pszczoły i gospodarze, dla których to ewidentnie styl bycia oraz projekt na życie. Życzę im z całego serca, żeby im się udało i nie zniechęcili się trudnościami – takie miejsca są bardzo potrzebne i wielu chętnie tam zanocuje, by spędzić czas w tak innym od codzienności świecie. Reklama jakaś by się przydała, bo w Komańczy jest spora konkurencja noclegowa, a to miejsce jest naprawdę warte poznania.

Byliśmy na noclegu tylko we trzech, więc wieczór spędziliśmy na rozmowach. Fajne to jest, gdy mimo zmęczenia ludzie siedzą w śpiworach z herbatą i gadają o wszystkim: pracy, górach, planach i najróżniejszych historiach... Cenny czas.

Dzień 14: Komańcza – Cisna – 31 km

Wyjście z Komańczy oznacza jedno: kończy się Beskid Niski, a zaczynają Bieszczady – jeszcze nie połoniny, ale zalesione szczyty. Zanim jednak to nastąpi, najpierw mija się Jeziorka Duszatyńskie: ciekawe miejsce, które warto zobaczyć.

Jeziorka Duszatyńskie

Potem Chryszczata, do której jeszcze jako tako się szło. Cała reszta to dość monotonny szlak – górka, dół, górka, dół… Aż do Hona, który zwiastował bliskość Cisnej.

Oczywiście pod koniec dopadła nas ulewa, żeby nie było nam za lekko. Wstępnie chcieliśmy nocować w „Bacówce pod Honem”, ale po namyśle zmieniliśmy zdanie. Następne dwa (ostatnie) dni zapowiadały się ciężko (sporo przewyższeń + prognozy kiepskiej pogody), więc woleliśmy przejść jeszcze chociaż ze dwa kilometry tego dnia, żeby potem mieć łatwiej. Przeczłapaliśmy więc prawie przez całą miejscowość asfaltem, by zanocować „U Mirosławy”, co okazało się świetną decyzją. Rewelacyjni gospodarze, nocleg, na którym było wszystko, co trzeba, a na okrasę karelski pies na niedźwiedzie.

Naprawdę żałowaliśmy, że nie mamy czasu, żeby usiąść i dłużej pogadać z właścicielem, bo po 20 minutach rozmowy „w progu” nasze żołądki wygrały, choć kończyliśmy rozmowę z poczuciem wielkiego niedosytu. Wieczoru by zabrakło! To jedno z tych miejsc, do którego na pewno wrócę, jeśli tylko będę miał okazję być w Bieszczadach.

Dzień 15: Cisna – Brzegi Górne – 33 km

Przedostatni dzień i wejście na bieszczadzkie połoniny nie zapowiadało się optymistycznie – pogodowo zwłaszcza. Dopóki wędrowaliśmy lasem (Okrąglik, Fereczata), było jako tako, choć i tak chłodno i wilgotno. Jednak po przejściu przez Smerek (wieś) i wyjściu na otwartą przestrzeń zaczęło się: deszcz, wiatr, chmury i mgła – tak przez całą Połoninę Wetlińską. Generalnie widoków niewiele, mokro, zimno i nieprzyjemnie – woreczki na ręce znów zrobiły robotę.

Smerek

Do Chatki Puchatka wpadliśmy po pieczątkę, choć gorąca czekolada też świetnie podniosła morale. Ostatni odcinek do Brzegów Górnych szliśmy pełni optymistycznych myśli o kolacji, ciepłym łóżku i możliwości wysuszenia przemokniętych ciuchów oraz butów.

Brzegi Górne są newralgicznym miejscem. Jeżeli chce się przejść odcinek Cisna – Wołosate w dwa dni, to trzeba tam nocować – nie ma innego wyjścia. I wyboru też nie ma, bo w tej miejscowości zabudowań jest jak na lekarstwo, czyli całe jedno. No i generalnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że warunki okazały się mocno spartańskie. Gospodyni przyjmuje wędrowców w trzymającym się na słowo honoru domku w ogrodzie, bez ogrzewania i łazienki. W sezonie letnim nieszczelne okna i Toi-Toi nie są wielkim problemem, ale gdy temperatura w nocy spada do kilku stopni, na zewnątrz pada, a ty wiesz, że jutro będziesz zakładać ubranie równie mokre, jak było wieczorem, to już nie jest fajnie i miło. Legendarna pani Aniela doskonale zdaje sobie sprawę z braku konkurencji i ma dryg do interesów: fasolka po bretońsku za 20 zł, ale każda kromka chleba to już dodatkowo 1 zł; butelka wody 5 zł... 70 zł za nocleg w takich warunkach to też niemało. No ale cóż – jak już powiedziałem, wyboru nie było.

Dzień 16: Brzegi Górne – Wołosate – 32 km

Ostatni dzień rozpoczęliśmy z jednej strony lekko niewyspani i zmarznięci, a mokre buty też nie sprzyjały radości. Z drugiej strony pogoda miała się w ciągu dnia poprawić, no i sam fakt, że do ukończenia GSB zostało nam zaledwie nieco ponad 30 km, sprawiał, że chciało się iść. Połonina Caryńska przywitała nas pogodą podobną do dnia poprzedniego – no, może nie było tragedii, bo nie padało, ale szliśmy w chmurze bez nadziei na widoki.

Na początku zejścia z Caryńskiej napotkaliśmy Piotra, który jak zwykle wyszedł z noclegu z pół godziny przed nami. Okazało się, że kilka minut wcześniej źle postawił stopę i tylko usłyszał, jak w kostce coś chrupnęło. Zdążył już wezwać GOPR, bo nie był w stanie stanąć na nodze. 22 km przed końcem, po przejściu 480 km... Straszny pech... Jak się potem okazało – złamana kostka, więc gips i do domu... Niefart niesamowity. Od tego momentu zwolniliśmy znacznie – jakoś do nas dotarło, że lepiej wolniej i ostrożniej.

W Ustrzykach Górnych zrobiliśmy zakupy i rozpatrywaliśmy opcje powrotu do domu, a następnie ruszyliśmy na ostatnie szczyty na trasie. Szeroki Wierch, Tarnica, Halicz i Rozsypaniec pokazały nam, jak piękne potrafią być Bieszczady.

Ostatnie kilka kilometrów to już leśna droga do Wołosatego. Pod koniec pojawiła się jeszcze tęcza na tle gór, żeby umilić nam ostatnie kilkaset metrów do kropki na końcu szlaku.

Udało się, zrobiliśmy to!

Dzień 17: Wołosate – Zebrzydowice – 410 km

Ten dzień to powrót do domu. Z Wołosatego autobusem przez Ustrzyki i Sanok do Krakowa. Tam kawa w McDonaldzie (przecież żadna wycieczka nie może się obejść bez wizyty w Macu 😊). Z Krakowa już pociąg do domu. Zeszło nam 11 godzin, czyli tylko nieznacznie szybciej niż nasze przejście z Ustronia do Wołosatego ;-D

Krótkie podsumowanie:

Jak w kilku zdaniach ująć te 17 dni? Oczywiście mógłbym pisać o wysiłku fizycznym, znużeniu kolejnymi kilometrami, a z drugiej strony o cieszeniu się z małych rzeczy, spokoju ducha jakie daje wędrowanie i o pięknie przyrody - to wszystko stanowiło ogromną i nieodłączną część Głównego Szlaku Beskidzkiego anno domini 2026.
Najważniejsze jednak było to, że byliśmy tam we dwóch. Ojciec i syn, dwa pokolenia, dwóch facetów, których łączą nie tylko więzy krwi, ale głęboka relacja, która wykuwa się w byciu razem w chwilach radości i trudu. Dla mnie niełatwą, ale cenną lekcją było nauczenie się przyjmowania wsparcia od Szymona - na początku: "Tato, dasz radę" kłuło moją dumę, ale szybko zastąpiła ją wdzięczność. DZIĘKI SYNU.
Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę z tego czasu i uważam, że było to jedno z cenniejszych doświadczeń w moim życiu.

1. Co z kondycją autora?

Najlepiej byłoby napisać, że od trzeciego dnia włączył się mój ukryty dotychczas tryb superbohatera i pozostałe setki kilometrów pokonałem w radosnych pląsach. Tylko, że to trochę by odbiegało od rzeczywistości. Tak naprawdę nie było idealnie, ale w porządku, bo:

Ludzie są po to, żeby żyć i tańczyć
Ludzie są po to, żeby mogli walczyć
Ludzie są i nie będą nigdy lepsi
Ludzie są...

https://www.youtube.com/watch?v=CRECAOMEUxk&t=84s

2. Jak nam się to w ogóle udało w 16 dni?

Nie uważam, żeby to był jakiś wyjątkowy wyczyn. Moje problemy kondycyjne z wynikały głównie z zastoju i braku przygotowania - po pierwszych dwóch dniach "szoku" było bez porównania lepiej. Dla każdego w miarę zdrowego człowieka, który cokolwiek się rusza, przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego w 20–21 dni (taki standardowy czas podaje PTTK) jest w zasięgu. Wiadomo, to nadal 25 km dziennie po górach, ale nie jest to niewykonalne. Inną sprawą jest to, że trzeba na to przeznaczyć praktycznie cały urlop.

3. Dlaczego tak mało tutaj o Szymonie?

Ta relacja jest napisana z mojej perspektywę i przedstawia moją opinię. Szymon zapewne na inne rzeczy zwrócił by uwagę i inaczej rozłożył akcenty. Może i on kiedyś opisze tę wyprawę?

4. Co było najtrudniejsze?

Chyba powrót do rzeczywistości i codzienności po powrocie. Szczerze mówiąc, nadal mam ochotę spakować plecak i pójść w góry…

5. Jakieś kontuzje?

Nie. Poza odciskami Szymona, po których już nie ma śladu, żadnych dolegliwości.

6. Czy sprzęt się sprawdził?

Generalnie tak, oprócz moich butów. Może teoretycznie doszedłbym w nich do końca, ale wolałem dmuchać na zimne. Jedyną rzeczą, której nie wykorzystaliśmy, był filtr do wody – to kwestia pogody i temperatury – w lecie pewnie by się przydał.

7. What’s next? / Co dalej?

Szymonowi marzą się Tatry – może się uda popatrzeć z góry na GSB.

Ja myślę o Małym Szlaku Beskidzkim – powinno się udać wygospodarować kilka dni na przejście 136 km.

8. Post scriptum

Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej, to niech nie waha się pytać 😏.

Komentarze

  1. Brawo WY.
    Przeczytałam całą opisaną relację, obejrzałam zdjęcia i przypomniała mi się wyprawa. Co prawda nie zrobiłam jej ciągiem jak wy ale z grupą znajomych. Od kropki do kropki.
    Złota odznaka GSB znalazła miejsce wśród innych odznak i wspomnień.
    Pozdrawiam, Teresa

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz